środa, 5 marca 2025

 19.01.2025r.   Z Bodzentyna do Kakonina

        
      Jak to bywa każdej zimy, staramy się zaliczyć przejście w śnieżnych klimatach przez nasze najwyższe pasmo górskie – Łysogóry. Ponieważ mamy kolejny rok, gdzie na typowo zimową aurę trzeba liczyć jak na wygraną w ruletce, jak tylko w prognozach pojawiło się słońce i lekki mróz, zwołaliśmy ekipę i wyruszyliśmy na pasmo. Dla odmiany zaliczyliśmy szlak od strony Bodzentyna, który to ostatnio przynajmniej ja przeszedłem chyba ze 20 lat temu. 
 
Dzisiejszą trasę rospoczeliśmy w Bodzentynie, skąd udaliśmy się niebieskim szlakiem w kierunku Miejskiej Góry. Po drodze towarzyszyło nam niskie, styczniowe słońce uroczo przeświecające przez rząd drzew.
 
Ruszamy pod górę ku pierwszemu i jedynemu ze szczytów - Miejską.

      Podchodząc coraz wyżej, znad dachów domostw wyłoniły się ruiny zamku w Bodzentynie. Nawet z oddali widać jak zostały oszpecone tą betonową „przybudówką”. Ale o tym już nawet szkoda strzępić … klawiatury.
 
       Po mozolnej wędrówce pod górę, docieramy w końcu do bramy wejściowej Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Tuż przy niej wita nas kamienny obelisk, postawiony na cześć mjr Henryka Dobrzańskiego „Hubala” oraz jego żołnierzom, stacjonującym w "Czarnym Lesie” w samym sercu Łysogór.
 
Po zeskanowaniu kodu QR i opłaceniu wstępu do parku, ruszamy dalej niebieskim szlakiem.
 
Idąc skrajem lasu powoli zmieniamy kierunek na południowy, aby dotrzeć do najdalej wysuniętego na wschód, jednego ze szczytów Pasma Klonowskiego – Miejskiej Góry (426m).
 
Opuszczamy Miejską Górę i podążamy dalej szlakiem na południe. Po drodze towarzyszy nam zjawisko śreżogi, które nadaje dodatkowego klimatu naszej wędrówce.
 
Po wschodniej stronie od szlaku wije się leśny okresowy strumień, płynący z szelestem przez niewielki wąwozik.
 
Schodząc szlakiem coraz niżej ku rozległym, śródleśnym łąkom mijamy okazałe drzewo - Modrzewinę Zielińskiego.
 
Wychodząc na otwarty teren, docieramy do drewnianych pomostów umożliwiających przejście przez podmokłą dolinę. Owa dolina zwie się romantycznie „Łąki Miłości” a jej środkiem płynie niewielki potok Czarna Woda. Pod drewnianą wiatą robimy postój, aby posilić się przed dalszą wędrówką. Ja i kilka osób odłączam się na chwilę, by odwiedzić pewne ciekawe miejsce.
 
       Po dotarciu do kolejnej rozległej łąki, w niewielkim zagajniku który dawniej był sadem, odnajdujemy pozostałości po zabudowaniach gospodarczych. W miejscu tym, na odludziu mieszkała Stanisława Dziuba, zwana „ostatnią świętokrzyską czarownicą”. Podczas jesiennej wędrówki prawie pięć lat temu opisywałem jej smutną i skomplikowaną historię.

Zainteresowanych zapraszam pod link:
Marek próbował skosztować tego zacnego trunku, ale żuki i inne robale dawno już opróżniły butelkę :)
 
Opuszczamy otulone śniegiem łąki łęgowe i ruszamy dalej szlakiem na południe.
 
     Po kilkuset metrach docieramy do rozwidlenia szlaków. W miejscu zwanym „Słupski Weksel”, którego nazwa „𝘸𝘦𝘬𝘴𝘦𝘭”w gwarze kolejowej zapożyczonej z języka niemieckiego oznacza zwrotnicę, drogi rozchodzą się w trzech kierunkach. Jedna prowadzi ku Świętej Katarzynie, zaś druga biegnie nasypem dawnej kolejki leśnej w stronę Woli Szczygiełkowej.
 
Czas ruszać dalej w drogę, śladem dawnej kolejki leśnej.
 
Pamiątkowe zdjęcie przy "wielkim, moście". 
 

Po ponad godzinnym marszu docieramy do przełęczy św. Mikołaja ze słynną kapliczką i znajdującą się w niej figurką swego patrona.
 
Ciekawostką jaką zaobserwowałem tego dnia, była o wiele większa ilość śniegu po południowej stronie pasma. Świecące od rana słońce powoli roztapiało znajdujący się na gałęziach drzew śnieg, a wokół słychać było szelest spadających kropel.
 
Mijamy powalone, sędziwe drzewa które okryte śnieżną pierzyną wkrótce zamienią się w próchnicę i użyźnią puszczański las.
 
Przechodzimy obok chaty zbója Kaka, w której w sezonie serwują świętokrzyskie przysmaki. Teraz otulona śniegiem sprawia wrażenie, jakby zapadła w głęboki, zimowy sen. 
 
     Jeszcze tylko rzut okiem na XIX wieczną chałupę, którą około roku 1820 wybudował własnoręcznie Wojciech Samiec, mieszkaniec Kakonina. Typowa dla świętokrzyskich wsi drewniana chata, posiada wejście od frontu i trzy pomieszczenia w układzie sień-izba-komora. Chałupa została wykonana z jodłowych belek (typu węgłowego na "obłap") i czterospadowy dach kryty drewnianym gontem. W zachodzącym zimowym słońcu, prezentowała się iście bajkowo.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz