19.01.2025r. Z Bodzentyna do Kakonina
Jak
to bywa każdej zimy, staramy się zaliczyć przejście w śnieżnych
klimatach przez nasze najwyższe pasmo górskie – Łysogóry. Ponieważ mamy
kolejny rok, gdzie na typowo zimową aurę trzeba liczyć jak na wygraną w
ruletce, jak tylko w prognozach pojawiło się słońce i lekki mróz,
zwołaliśmy ekipę i wyruszyliśmy na pasmo. Dla odmiany zaliczyliśmy szlak od strony Bodzentyna, który to ostatnio przynajmniej ja przeszedłem chyba ze 20 lat temu.
Dzisiejszą trasę rospoczeliśmy w Bodzentynie, skąd udaliśmy
się niebieskim szlakiem w kierunku Miejskiej Góry. Po drodze
towarzyszyło nam niskie, styczniowe słońce uroczo przeświecające przez
rząd drzew.
Podchodząc
coraz wyżej, znad dachów domostw wyłoniły się ruiny
zamku w Bodzentynie. Nawet z oddali widać jak zostały oszpecone tą
betonową „przybudówką”. Ale o tym już nawet szkoda strzępić …
klawiatury.
Po
mozolnej wędrówce pod górę, docieramy w końcu do bramy wejściowej
Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Tuż przy niej wita nas kamienny
obelisk, postawiony na cześć mjr Henryka Dobrzańskiego „Hubala” oraz
jego żołnierzom, stacjonującym w "Czarnym Lesie” w samym sercu Łysogór.
Idąc
skrajem lasu powoli zmieniamy kierunek na południowy, aby dotrzeć do
najdalej wysuniętego na wschód, jednego ze szczytów Pasma Klonowskiego –
Miejskiej Góry (426m).
Opuszczamy
Miejską Górę i podążamy dalej szlakiem na południe. Po drodze
towarzyszy nam zjawisko śreżogi, które nadaje dodatkowego klimatu naszej
wędrówce.
Po wschodniej stronie od szlaku wije się leśny okresowy strumień, płynący z szelestem przez niewielki wąwozik.
Schodząc szlakiem coraz niżej ku rozległym, śródleśnym łąkom mijamy okazałe drzewo - Modrzewinę Zielińskiego.
Wychodząc
na otwarty teren, docieramy do drewnianych pomostów umożliwiających
przejście przez podmokłą dolinę. Owa dolina zwie się romantycznie „Łąki
Miłości” a jej środkiem płynie niewielki potok Czarna Woda. Pod
drewnianą wiatą robimy postój, aby posilić się przed dalszą wędrówką. Ja
i kilka osób odłączam się na chwilę, by odwiedzić pewne ciekawe
miejsce.
Po
dotarciu do kolejnej rozległej łąki, w niewielkim zagajniku który
dawniej był sadem, odnajdujemy pozostałości po zabudowaniach
gospodarczych. W miejscu tym, na odludziu mieszkała Stanisława Dziuba,
zwana „ostatnią świętokrzyską czarownicą”. Podczas jesiennej wędrówki
prawie pięć lat temu opisywałem jej smutną i skomplikowaną historię.
Zainteresowanych zapraszam pod link:
Zainteresowanych zapraszam pod link:
Marek próbował skosztować tego zacnego trunku, ale żuki i inne robale dawno już opróżniły butelkę :)
Po
kilkuset metrach docieramy do rozwidlenia szlaków. W miejscu zwanym
„Słupski Weksel”, którego nazwa „𝘸𝘦𝘬𝘴𝘦𝘭”w gwarze kolejowej
zapożyczonej z języka niemieckiego oznacza zwrotnicę, drogi rozchodzą
się w trzech kierunkach. Jedna prowadzi ku Świętej Katarzynie, zaś druga
biegnie nasypem dawnej kolejki leśnej w stronę Woli Szczygiełkowej.
Po ponad godzinnym marszu docieramy do przełęczy św. Mikołaja ze słynną kapliczką i znajdującą się w niej figurką swego patrona.
Ciekawostką
jaką zaobserwowałem tego dnia, była o wiele większa ilość śniegu po
południowej stronie pasma. Świecące od rana słońce powoli roztapiało
znajdujący się na gałęziach drzew śnieg, a wokół słychać było szelest
spadających kropel.
Mijamy powalone, sędziwe drzewa które okryte śnieżną pierzyną wkrótce zamienią się w próchnicę i użyźnią puszczański las.
Przechodzimy
obok chaty zbója Kaka, w której w sezonie serwują świętokrzyskie
przysmaki. Teraz otulona śniegiem sprawia wrażenie, jakby zapadła w
głęboki, zimowy sen.
Jeszcze
tylko rzut okiem na XIX wieczną chałupę, którą około roku 1820
wybudował własnoręcznie Wojciech Samiec, mieszkaniec Kakonina. Typowa
dla świętokrzyskich wsi drewniana chata, posiada wejście od frontu i
trzy pomieszczenia w układzie sień-izba-komora. Chałupa została wykonana
z jodłowych belek (typu węgłowego na "obłap") i czterospadowy dach
kryty drewnianym gontem. W zachodzącym zimowym słońcu, prezentowała się
iście bajkowo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz